Obcy z Polski

Niechęć do obcych zaczyna schodzić na coraz niższe poziomy szczegółowości.

Stałem wczoraj na jednym z warszawskich skrzyżowań za samochodem, który miał z tyłu naklejkę o treści „Ja się tu urodziłem, nie przyjechałem.”

Pozdrawiam,

Migrant z Warszawy

PS. Niestety naklejka ta była tuż pod inną, taką z symbolem Polski Walczącej.

Demokratyczne państwo totalitarne

Czy istnieje coś takiego jak „demokratyczne państwo totalitarne”?

Jak najbardziej tak. W końcu świat pełen jest dyktatorów, którzy doszli do władzy w sposób demokratyczny.

A czy Polska jest takim krajem? Tu oczywiście zależy, kogo spytać.

Prawo i Sprawiedliwość twierdzi, że żyjemy w państwie demokratycznym, ponieważ zdobyło Urząd Prezydenta i większość w obu izbach Parlamentu na drodze wyborów. I jest to absolutna prawda, której ani ja, ani nikt przy zdrowych zmysłach nie podważa.

A czy jest państwem totalitarnym? Tu niestety też trzeba odpowiedzieć twierdząco. Ale nie jest tak, jak głosi większość zwolenników tej tezy, że jesteśmy takim krajem od roku czy, już niedługo, od półtora. Nie – od niespełna miesiąca. A konkretnie, od 20. grudnia.

Prawda ta dotarła do mnie w minionym tygodniu, kiedy to Ryszard Petru zapowiedział zaskarżenie Ustawy Budżetowej (a ściślej trybu jej uchwalenia) do Trybunału Konstytucyjnego i Prokuratury. A ja mu na to: no i co? Czy któraś z tych instytucji nie jest pod kontrolą Władzy? Nie ma się gdzie odwoływać. Władza kontroluje wszystko. Państwo totalitarne.

Czyli zarówno PiS, jak i opozycja, mówią prawdę. Choć żadne z nich całą.

No to wróćmy jeszcze do pytania o to, czy Polska jest państwem demokratycznym. Jak już powiedzieliśmy, jest. I będzie jeszcze przez co najmniej kilka lat. Bo jak ktoś kiedyś trafnie zauważył, demokrację poznaje się nie po tym, jak się zdobywa władzę, ale jak się ją oddaje. A ten test mamy jeszcze przed sobą.

VHS

Dawno nie pisałem.

Głównie dlatego, że umysł mój ostatnio zaprząta głównie polityka. A o tym nie chcę pisać, bo wiem, że dla wielu czytelników to temat odrzucający. I to daleko.

Nawet takiego zdawałoby się samograja, jak wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, nie wykorzystałem. Ani na etapie kampanii, ani wtedy, gdy znaliśmy już wynik. I to pomimo tego, że spędziłem ostatnio 2 tygodnie właśnie w Usa i pewno mógłbym coś niecoś opowiedzieć w ramach „widziane od wewnątrz”… Może następnym razem.

Dzisiaj się jednak przełamię, zaryzykuję i będzie o polityce, ale w takim trochę szerszym kontekście. Choć w sumie wywodzącym się m.in. właśnie z wyniku wyborów prezydenckich.

Wszystko zaczęło się od artykułu zamieszczonego w ostatnim wydaniu (bardzo dobrym z resztą) weekendowej wersji „Rzeczpospolitej”, czyli „Plusa Minusa”. Ten artykuł to „Internet dał głos ludowi”, autorstwa Michała Płocińskiego. Jedna z zawartych tam tez mówi, że „Przez lata układ sił między arystokrajcą a ludem przechylał się na korzyść tej pierwszej”. I że w demokracji „Elity… weszły w funkcje arystokracji”, a w końcu: „Coraz bardziej wykluczany z politycznej rozgrywki lud wrócił do niej z przytupem dzięki internetowi.”

Choć rozważania o wpływie internetu na wyniki demokratycznych rozstrzygnięć obecne są conajmniej od referendum ws. Brexitu, to dopiero takie ich ujęcie uruchomiło we mnie pewien proces myślowy, który doprowadził mnie do pewnych szerszych wniosków.

Kto ma wystarczającą ilość lat, ten pamięta kulturę w TVP w latach 70-tych. Królował „Pegaz” i Teatr TV. Filmy (jeżeli nie były wyprodukowane w ZSRR) puszczano w ramach „Filmoteki Arcydzieł”, czy „Kina Interesujących Filmów”. Słowem: Kultura Wysoka, przez duże „K” i duże „W”.

Czy to znaczy, że wszyscy ludzie fascynowali się dobrym kinem, poezją śpiewaną a la Marek Grechuta, tekstami Agnieszki Osieckiej, czy Jonasza Kofty? Niekoniecznie. Pamiętam oburzenie i gwizdy publiczności na jednym z festiwali opolskich, gdy głównej nagrody NIE otrzymał Janusz Laskowski i jego „Kolorowe Jarmarki”. I wypowiedź jakiegoś specjalisty, krytyka, członka jury, który przekonywał jak bardzo bezwartościowa jest ta piosenka. A ludzie gwizdali i buczeli dalej.

Czyli to nie nadzwyczajna miłość do Felliniego, rozpowszechniona szeroko wśród mas, ale wybór krytyków, decydentów w TVP, albo tych, którzy ustalali repertuar naszych kin (też z resztą wcale dobry), słowem: elit, decydował o takim, a nie innym poziomie kultury w tzw. szerokim obiegu.

A potem przyszły lata 80-te. A w nich video – kasety VHS. I eksplozja wypożyczalni. I już nie tylko telewizja, czy kina (w tamtych latach, z powodu braków dewizowych, strasznie siermiężne), ale również owe wypożyczalnie dawały ludziom dostęp do filmów. Tyle, że te ostatnie – dostęp bezpośredni, nieprzefiltrowany i bez udziału kulturalnych elit. I nagle się okazało, że ludzie lubią Arnolda Schwarzeneggera, Sylwka Stallone, czy Stevena Seagala (o tych innych gwiazdach, z tych innych filmów, które też wtedy szeroko zaistniały, nie wspomnę).

Po latach 80-tych, przyszły 90-te. Na początku telewizja, z nowymi zasobami finansowymi, starała się wrócić do ambitniejszego repertuaru. Ale szybko odpuściła i poziomem pokazywanych filmów zaczęła podążać w stronę wypożyczalni. Wszelkie próby powrotu do starego modelu zostały szybko ubite.

Analogie są oczywiste. Z jednej strony, internet dał w życiu publicznym, a w szczególności w świecie politycznym to samo, co wypożyczalnie w świecie filmowym: bezpośredni dostęp, niefiltrowany przez elity. Po drugie, okazało się, że „poglądy filmowe” społeczeństwa znacznie różnią się od tego, co można było by wywnioskować na podstawie repertuaru TVP z lat wcześniejszych. I to różnią się w stronę mniej ambitną, prostą, czasami wręcz prostacką.

I najważniejsze: telewizje nie wróciły na poziom kultury z lat 60-tych i 70-tych, sprzed VHS i wypożyczalni video. I nie wrócą. Tak samo będzie z polityką: nie wrócimy do tego, co było przed internetem. To, co się teraz dzieje, to nie jest chwilowe wahnięcie poglądów w stronę populizmu, tylko systemowe dopuszczenie prawdziwego głosu wyborców.

Myślę, że DOPIERO TERAZ mamy demokrację w pełnym zakresie. Wcześniej była ona ograniczana albo w sposób formalny (np. status społeczny lub majątkowy jako kryterium posiadania praw wyborczych, brak takich praw dla kobiet, etc.), albo poprzez wpływanie na poglądy wyborców (poprzez przekonywanie ich, że „Bergman wielkim reżyserem był…”). Dopiero teraz widzimy tej demokracji prawdziwe, nieskrępowanie i niefiltrowane oblicze.

I tak, jak w telewizji już zawsze więcej będzie Stevena Seagala niż Woody Allena, tak i wybory wygrywać będą politycy z niekoniecznie najwyższej półki.

PS. A w poniedziałkowej „Rzepie” ukazał się artykuł nt. zakazu handlu w niedzielę, w zasadzie powtarzający tezy z mojego bloga „A dlaczego piekarze mają mieć gorzej?”, napisanego 5 miesięcy temu! Coś z tym muszę zrobić…